FOTOGALERIA
Marzenia się spełniają! Warto czekać …dzieścia lat i nie odpuszczać! Prawdziwy Nepal, bez komercji, bez turystycznej cywilizacji, bez hoteli u stóp 8-tysięcznika, bez tłumów w drodze, w ciszy, z dobrymi relacjami z miejscową ludnością. Co raz trudniej znaleźć takie miejsca na Ziemi!
Kanczendzonga, 8586 m., leży we wschodniej części Himalajów, na granicy regionów: Sikkimu w Indiach oraz Nepalu, a jej podnóża zamieszkałe są w dużej mierze przez ludność pochodzenia tybetańskiego oraz Limbu. Jest najwyższym szczytem Indii, drugim co do wysokości szczytem Himalajów, trzecim co do wysokości szczytem Ziemi. Ma 5 wierzchołków, z czego 4 są ośmiotysięcznikami. Z jej zboczy schodzi 5 lodowców.
Trasa treku prowadzi pod 2 ściany Kanczendzongi – północną i południową – w punkty widokowe Pangpema 5142m na północy i Oktang 4780m na południu. Z zadbaniem o dobrą aklimatyzacją trasa zajmuje +/-21 dni. Trzeba pokonać ok. 200 km z buta. Do tego jest daleko od cywilizacji, trzeba dolecieć z Katmandu i 2-3 dni jechać jeepem. Także warto mieć dużo urlopu, porządną kondycję i ciepły śpiwór. A w listopadzie – tak jak my byliśmy – NAPRAWDĘ ciepły śpiwór.
Trek pod Kanczendzongę zrobiliśmy na przełomie listopada i grudnia, na sam koniec sezonu, niejednokrotnie będąc ostatnimi gośćmi w chatach. Niektóre osady niemal w całości przenoszą się w niższe partie, bo zima mroźna, temperatury w nocy spadają poniżej -20/-30, a w chatach zbitych z desek przez szczeliny hula mróz.
Doszliśmy do 5142m, chcieliśmy dalej i wyżej, ale zasypało okolicę śniegiem. Przedłużający się monsun narozrabiał mocno, zrywając mosty, drogi, a w wyższych partiach gór, zasypując wioski śniegiem. Były obawy, czy dojedziemy i czy dojdziemy do celu. Udało się, ale mieliśmy naprawdę mnóstwo szczęścia.
Kanczendzongę, główną bohaterkę zamieszania, w sumie widzieliśmy najmniej 🙂 Za to inne widoki… Mniam 😀
W galerii zdjęć podaję nazwy “międzynarodowe”.
Wszystko zaczyna się w Katmandu. Tu lądujemy, tu startujemy dalej.
Pod czujnym okiem…
A tak na serio, to wszystko zaczyna się tutaj – kiedy już lecisz w Himalaje i przez całą godzinę lotu masz CAŁE ich pasmo jak na dłoni!
Mount Everest, Nuptse i Lhotse.
Jest i ona… Kangchenjunga!!!
Potem już tylko 2 dni busem, dzień w jeepie, kilka posterunków policji, kontrola paszportów, pieczątki, rejestry i permity do Parku Narodowego.
Po drodze mijamy plantację herbaty Ilam w Kanyam. Blisko granicy z indyjskim Dargeeling.
Mijamy pola ryżowe…
wioski z widokiem na pasmo Kangchenjungi…
a czasem większe miasteczka, jak Taplejung.
Ostatni odcinek w jeepie jest bardziej hardkorowy niż przyjemny 🙂
Startujemy z Hellok na wysokości 1740m. Zaczynamy od zerwanych przez monsun dróg…
… i mostów, które “przeżyły” nawałnicę.
Bo tym mostem już nikt nie przejdzie.
Przed nami 21 dni treku. Pierwsze dni to lasy, wioski, pastwiska…
Idziemy do “KBC”, czyli do dwóch “Kangchenjunga Base Camp”: północnego i południowego.
Pierwszy etap trasy idziemy wzdłuż i wszerz rwącej rzeki Ghunsa Khola i jej dopływów…
które przekraczamy takimi mostami.
Przebijamy się przez pola pachnącego kardamonu.
Kardamon rośnie wzdłuż rzeki i jest intensywnie nawadniany.
Idziemy dżunglą…
magiczną dżunglą…
porośniętą cudami w każdym swym centymetrze kwadratowym.
a nad głowami falują nam piękne brodaczki.
Mijamy liczne wodospady…
bardzo liczne wodospady…
bo tak nas prowadzi ścieżka.
Czasami nasze ścieżki są ułożone z kamiennych schodków. To ścieżki łączące sąsiednie wioski – jak są wioski, to i są schodki 🙂
A czasami idziemy w poprzek osuwisk.
Idziemy w górę rzeki Ghunsa Khola.
Mijamy rzadko rozrzucone osady. Tu Amjilosa, 2310m.
Szczyty gór pojawiają się na razie bardzo nieśmiało.
Nasi przewodnicy: Sonju i Chhiring.
Mijamy pastwiska, takie jak w Gyabla (dość sowicie obsrane)…
i suszący się cenny opał – kupy jaków.
Śpimy w Gyabla, 2730m.
I śpimy w Phale, 3240m.
Phale tez ma swoje pastwiska dla yaków.
Na przykład dla tego pana 🙂
Tam gdzieś idziemy…
a stamtąd przyszliśmy.
Nango Paunsa, 5140m nad Phale.
Miajmy czorteny…
z trójgłowym Buddhą, strzegącym przez złem…
i modlitewne mury…
z modlitewnymi kamieniami.
Czasami mijamy małe gompy i lokalne klasztory.
Tu np. wnętrze gompy w Phale.
Buddha Siakyamuni przedstawiony na wzór tybetański.
Ciepłe miejsce do modlitw.
Biblioteka. Modlitewne księgi to podłużne kartki obłożone deseczkami i zawinięte w materiał.
A flagi modlitewne towarzyszą nam nie tylko w wioskach i gompach.
W wioskach, a potem wyżej w górach, mijamy wiejskie “kadzielniki”, w których codziennie rano rozpala się dymiące gałązki.
Ozdoba czy totem chroniący mieszkańców?
Wszystkie nasze noclegi wyglądają podobnie – mniej lub bardziej ubogo.
W takich kuchniach spędzamy czas…
z naszą nepalską, najlepszą pod słońcem, ekipą! Wszyscy panowie są etnicznie Szerpami.
Z naszymi chłopakami (Dawa, Gore i Kisznu) gramy w kości, co wzbudzało zainteresowanie, bo raczej turyści nie integrują się tak ze swoimi tragarzami.
W chatach obowiązkowo ołtarze z Buddhą i Dalaylamą, okadzane ziołami każdego ranka.
W chatach gospodarze czasem mają zdjęcia rodzin. Bardzo się cieszą, kiedy interesujemy się ich fotografiami.
Pod dachami kurnych chat wędzą się kawałki mięsa z jaka lub jak tutaj: sery…
lub inne trofea 🙂
Czasami robimy nietwarzowe selfie, ale jak tu nie wstawić takiej słodyczy 🙂 Oglądamy razem pluszowego pieska.
Co jakiś czas zaczynają nam świecić białe szczyty. Biały szczyt po lewej to Khabur 6294m, a poszarpany szczyt po prawej to Ghunsadhar, 5740m.
Tak w ogóle, to jesteśmy na terytoriach śnieżnej pantery!
Po 5 dniach dochodzimy do ważnego punktu: Ghunsa, 3475m. Tu zostajemy na 2 dni.
Ghunsa to większa (jak na ten rejon) wioska, węzeł trzech szlaków – powrotnego na dół do Hellok oraz dwóch do góry: pod północną ścianę i pod południową ścianę Kangchenjungi.
Może i lekki rozpiździel, ale flagi modlitewne są na niemal każdej chałupie.
Zaczynamy aklimatyzację. Robimy skok na punkt widokowy na ok. 3900m.
Od lewej: Merra 6476m, Khabur 6294m, Ghunsadhar 5740m.
Zoom na Merrę.
Co jakiś czas robimy sobie “selfie” 😀
Droga do gompy.
Tashi Chholing Gompa nad Ghunsą. Zabytkowe i ważne miejsce dla tutejszej społeczności.
Biblioteka.
Posążki Buddhy i finansowe wsparcie 🙂
Tara z wysuniętą prawą stópką – gotowa do działania!
Zielona Tara przedstawiona na tzw. tance, buddyjskim malowidle na płótnie.
Czorten w Ghunsie.
W Ghunsa tutaj śpimy.
Fragment kuchni.
Tymczasem w sąsiedniej chacie ubili jaka…
Jedliśmy mięcho fantastycznie przyprawione na ostro…
i pyszne momo – pierogi z jaka.
Do tego ciepła rakszi, tradycyjny, destylowany napój alkoholowy, w zasadzie to bimber o smaku japońskiej sake.
Koniec z pitu-pitu, czas na konkretne góry skaliste! Czas na północną ścianę Kangchenjungi.
W doborowym towarzystwie opuszczamy Ghunsę.
Jesteśmy już na wysokości 4000+m.
Po drodze wyłania się Kumbhakarna, inaczej: Jannu, 7710m. Zdecydowanie nasza najulubieńsza góra tego treku!
To nadal rzeka Ghunsa Khola, przechodzimy mostem i już za winklem jest Kambachen.
Kambachen, 4200m. Ponad osadą wznoszą się szczyty masywu Sharpu, wszystkie powyżej 6 tys. metrów.
Tu zostajemy 3 dni.
Takie jakby “Trzy korony” nad Kambachen: Jannu (Kumbhakarna)7711, Phole Sobithonje 6620m i 6645m oraz Khabur 6294m.
Jak tu nie kochac tej góry!!!
Nasza cała ekipa!
Nowe przyjaźnie 🙂 Zibi i “Bosss”, czyli lama z gompy w Ghunsie.
Nasz pokoik w Kambachen. Tu zaczynają się na serio lodowate noce.
Lodowaty zachód słońca nad Kambachen.
Po lodowatej nocy mamy lodowaty poranek.
W ramach kolejnej aklimatyzacji idziemy na “view point” pod północną ścianę Jannu.
Wchodzimy na wysokość ok. 4550m.
Lodowiec pod masywem Sharpu (najwyższy szczyt ma 6433m).
Od lewej: Jannu 7717 oraz 3 wierzchołki Phole Sobithonje: 6652m, 6620m i 6645m.
Jesteśmy na wysokości ok. 4550m.
Najdalszy punkt widokowy na Jannu.
Jannu w pełnej krasie, szczyt w masywie Kangchenjungi, 32-gi co do wysokości szczyt Ziemi.
W najodleglejszym zakątku pod Jannu stoi świątynia Phaktanglung. Jest to święte miejsce kultu ludu Limbu, zamieszkującego ten rejon.
Uważana jest za święte miejsce kultu bóstw, przodków i duchów natury.
Kult zwany Juma łączy tradycyjne wierzenia w bóstwa i przodków z buddyzmem i hinduizmem.
Schodzimy.
W dole Kambachen, tutaj mogłabym zamieszkać 🙂
W Kambachen żegnamy ze łzami jedną osobę z grupy.
Problemy zdrowotne wzięły górą.
Zaczęło się robić lodowato, grzejemy się przy kozie…
i palimy kupami jaka. To ten etap, kiedy nie ważne czym, byle było ciepło 🙂
Opuszczamy Kambaczen i ruszamy w tę dolinę, pod północną ścianę Kangchenjungi. Jeszcze jej na tym treku nie widzieliśmy!!!
Nasz przewodnik, Sonju, wiesza modlitewne flagi, by dobrze nam się wiodło na treku.
Robi się surowo i osuwiście. Z osuwisk kamienie samoczynnie spadają, a my… przechodzimy pod nimi.
Idziemy wyżej i wyżej, co raz bliżej Niej i co raz bliżej 5 tysięcy!!!
Wchodzimy w śniegi. Przed nami Tengkoma 6215m, Drohmo Ri West 6080m, Pathibara 7140m, Drohmo Ri SE 6086m oraz fragment grzbietu Kirat Chulu 7362m.
Mijamy lodowce… tu centralnie Merra 6334 i jej lodowiec.
Mojca 6024m. A tuż obok…
No wreszcie! Jest i ONA! Kangchenjunga od strony północnej.
Zbliżamy się do Lonak: od lewej skalisty nienazwany szczyt 5892m i korona trzech ośnieżonych wierzchołków: Tsitsima 6186m, szczyt 6128m, i Lashar 6842m.
Trawersik do Lonak i …
Lonak, 4756m. Tutaj też mogłabym zamieszkać 🙂
Tu śpimy. Temperatury zimowe, w nocy ok. -18/-20C.
Nasz lodowaty pokoik w Lonak. Tu już wjechały dwa śpiwory puchowe.
Idziemy wzdłuż lodowca spływającego spod Kangchenjungi, która jest tuż za rogiem.
A kozice “blue ship” plączą nam się pod nogami 🙂 W tle Nepali Peak, 7177.
Tu już jesteśmy na +/- 5000m. Na wprost Nepali Peak, 7177m.
Za plecami też zacnie! 6-tysięczniki: Sharpu i Tanga.
Tanga, 6433m.
Jesteśmy na ok. 5100m!!! Znów ONA i jej 3 wierzchołki.
Pangpema (view point/north base camp) tonie w chmurach w zakątku po lewej stronie.
Pangpema o świcie. 5142 m.
Stoi tu pomnik poświęcony Wandzie Rutkiewicz, która 30 lat temu zaginęła właśnie pod północna ścianą Kangchenjungi.
My i Ona. Ona i my.
Bliskość Jej północnej ściany.
Wedge Peak 6802m.
Pangpema: tu mieszka rodzina z maleńkim dzieckiem. Tak sobie tu żyją na tych 5-ciu tys. bez bólu głowy i bez problemów z oddechem 🙂
Tu nasza kuchnia. Za nią po lewej kibelek.
A tu śpimy 🙂 “in the cave” 🙂
Wszyscy razem 🙂 Kołdry uratowały nas, bo w nocy było ponad -20C.
Opuszczamy Pangpema i wracamy do Lonak. W tle Nepali Peak 7177m.
Zostawiamy za plecami taki widok i schodzimy do Lonak.
I żegnamy Kangchenjungę.
Znów nawiewa chmury. To będzie lodowata noc w Lonak.
No i była lodowata noc, a to jest lodowaty poranek! Byliśmy t ostatnimi gośćmi w tym sezonie. Obsługa schodzi na zimę do Ghunsy.
Opuszczamy Lonak. Schodzimy do Kambachen.
Nasza ścieżka po prawej.
Ostatnie view na Nią.
Z Lonak zeszliśmy do Kambachen, potem do Ghunsy. tu: oszroniony poranek.
Z Ghunsy ruszamy pod południową ścianę Kangchenjungi.
I idziemy znów magicznym lasem – ale magicznym inaczej – jak z japońskich bajek 🙂
z domieszką rododendronów.
Wbijamy na 4 tysiące, mamy przed sobą 4 przełęcze.
Zibi i Chhring. Przyjaźń o znaczeniu międzynarodowym.
Widok na Phale – stamtąd przyszliśmy wiele wiele dni temu, kiedy było jeszcze ciepło 🙂
Za plecami taki widok…
Idziemy w stronę przełęczy Sele La.
Pierwsza przełęcz Selele, 4214m.
Idziemy do chaty w miejscu zwanym Selele Camp.
To tu. Ok. 4200m.
Tu śpimy w otoczeniu głazów, mchów i mgieł.
Mroźny zachód słońca.
Najcieplejsze miejsce w promieniu wielu kilometrów 🙂
Suszące się, przyprawione na ostro, mięcho yaka.
Lodowatym świtem ruszamy na kolejne 3 przełęcze.
To towarzystwo widzieliśmy już z Kambachen, ale od strony północnej. Teraz – od południowej: od lewej Ghunsadhar, Phole Sobithonje, Jannu.
Jannu/Kumbhakarna 7710m od strony południowej.
Z Sonju.
Przełęcz Sele La, 4634m.
Widok z przełęczy na Jannu.
Pasmo Himalajów z Makalu i Everest.
Makalu 8485 (piąty na świecie) i Everest 8848m..
Po drugiej stronie.
Widok na przełęcz Sele La z drugiej strony.
Idziemy na kolejną przełęcz.
Dochodzimy do przełęczy Mirgin La 4652m.
Na przełęczy hatka z herbatą i suszącym się praniem.
Nachodzą chmury.
Przełęcz Sinelapcha La 4710 m.
W tle 7-tysięczne szczyty masywu Kabru.
To my – dawno nas nie było 😀
Spadamy 1000m w dół do miejscowości Tseram. Jest godzina 16. Ściemnia się.
Rankiem mijamy czorten nad Tseram i teraz…
teraz już naprawdę idziemy w stronę południowej ściany Kangchenjungi.
Od lewej: kawałek grzbietu Kabru, szpiczasty Rathong 6678m, niski Kokthang North 5604m i wyższy Kokhtang 6148m.
To mamy za sobą.
Ramche, 4590m.
Wchodzimy na niewielką morenę wyrzeźbioną przez lodowiec spływający spod Yalung Kang (jeden z wierzchołków Kangchenjungi).
Nasz “pokoik”.
Zachód słońca w Ramche. Idzie lodowatość!
A rankiem… śniadanie na trawie 🙂
i mkniemy do NIEJ!!!
Niespiesznie…
Jest i ONA w całej krasie! Wszystkie jej wierzchołki! 4 ośmiotysięczne i 1 siedmiotysięczny.
Oktang ok. 4780m – punkt widokowy na Kangchenjungę i lodowiec Yalung.
Kangchenjunga West- Yalung Kang – 8505 m, Kangchenjunga- 8482 m, Kangchenjunga South- 8494 m oraz Kangbachen – 7903m.
Małżeńskie musi być 😀
Wracamy do Ramche i…
korzystamy z najładniej położonego kibelka i…
I zaczynamy schodzić do Tseram. Wraz z obsługą z Ramche, bo chata zostaje zamknięta na zimę!
Z Ramche na niemal 4600m tschodzimy tanecznym krokiem 🙂 w rytmach nepalskiej muzyki z obsługą chaty w Ramche 🙂
Mijamy palący się czorten tuż nad Tseram i…
i wieczorem grzejemy 4 litery w Tseram!
Schodzimy już na dół – ten prawdziwy dół.
Spotkania trzeciego stopnia 🙂
Spory fragment szliśmy wielgachnym dnem rzeki Simbhuwa Khola.
A potem już lasy bambusowe…
liczne wodospady…
i spadamy do Hellok.
Widać, że koniec 😀
Tu zakończyliśmy trek! Tu się pożegnaliśmy!